WIG20 - pułapka hossy?
 Oceń wpis
   

Byki pokonały wczoraj na wykresie dziennym indeksu WIG20 opór na poziomie niecałych 2306. Wyszły tym samym ponad lokalne maksimum z 5 grudnia. Nie mamy jednak stuprocentowej pewności, że ich ruch na północ będzie kontynuowany.

Kształt wczorajszej świecy – z długim górnym cieniem – sugeruje, że hamowanie zaczęło się już wczoraj. Dzisiejsza krótka świeca też nie wygląda specjalnie zachęcająco.

Brakuje również potwierdzenia dzisiejszego wzrostu w obrotach – są niskie. No i pewne obawy można mieć w związku z wysokim poziomem wykupienia rynku – patrz wskaźnik RSI.

To wszystko sugeruje, że grając na długo, warto w wypadku WIG20 zachować teraz szczególną ostrożność. W wypadku niekorzystnego rozwoju sytuacji możemy stać się ofiarami pułapki hossy. Ale uwaga! Możemy, nie musimy :)

Komentarze (1)
Krótka pochwała piractwa w punktach
 Oceń wpis
   

ACTA to bardzo cenny dokument. Ba! Nawet bardzo cenny! Idealny dla twórców. Ale niestety… nie w aktualnych czasach.

Prawa twórców zasługują na ochronę. Powinny istnieć regulacje prawne i narzędzia, które ograniczają ryzyko nielegalnego kopiowania ich dzieł – stuprocentowa racja. Problem jednak w tym, że we współczesnym świecie prawa autorskie służą przede wszystkim największym korporacjom, a nie niszowym wydawcom i większości twórców. Nie zawsze też ta ochrona jest zgodna z czymś takim jak interes społeczny…

A teraz w punktach, kilka szczegółów.

1. W listopadzie Universal Music Group kupiło za 1,2 mld funtów konkurencyjny koncern EMI Music. W ten sposób powstała wytwórnia płytowa odpowiadająca za 1/3 globalnej produkcji fonograficznej. Po fuzji na rynku pozostało już tylko trzech wielkich graczy, którzy kontroluję ponad 75 proc. światowego rynku muzyki – wg niektórych nieco więcej. To do nich należą prawa autorskie znakomitej większości muzyków. Wszelkie regulacje prawne, chroniące zatem prawa autorskie, przede wszystkim służą im interesom…

2. A twórcom mniej… Bowiem ci, zwłaszcza mniej znani, dostają ledwo kilka procent od ceny każdej płyty lub pliku sprzedanego przez wielką wytwórnię.

3. Nadmierna koncentracja na globalnym rynku muzycznym nie sprzyja, mówiąc delikatnie, niskim cenom. Pojawia się ponadto ryzyko zaniku różnorodności, narzucania przez wielkiego gracza skrajnie niekorzystnych warunków twórcom itp., itd. Wszyscy wiemy co mogą i potrafią monopole i oligopole i dlaczego są złe.

4. Powyższe niestety nie dotyczy tylko muzyki. Wielcy znaczą coraz więcej nie tylko np. w świecie filmu, ale również w wielu dziedzinach współczesnej wiedzy czy… mody. Bez większych trudności możemy dotrzeć w sieci np. do zarzutów wobec niektórych największych koncernów paliwowych, że kupowały patenty dotyczące alternatywnych źródeł energii tylko w tym celu, aby je schować głęboko do sejfu i dalej żyć głównie z pompowania ropy naftowej. Tego typu zachowania są sprzeczne z interesem globalnego społeczeństwa. A ACTA również ich interesy pomoże chronić.

5. Wielkie koncerny mediowe wmówiły wielu, że nielegalne kopiowanie ich dzieł za pomocą nowoczesnych narzędzi IT, w tym w Internecie, jest takim samym przestępstwem, jak zwykła kradzież np. portfela czy samochodu. Nieprawda. Po pierwsze poszkodowany nie traci definitywnie swojego dobra. Nadal go ma i może się nim cieszyć. Traci tylko część przychodu, jaki potencjalnie mógłby się pojawić w sytuacji, gdyby nie doszło do aktu piractwa. To już wystarczy, aby odrzucić łatwe zestawianie zwykłej kradzieży z indywidualnym nielegalnym ściąganiem filmów, czy muzyki z Internetu. Dodatkowo nie mamy pewności, że każda piracka kopia równa się stracie w wysokości jednego sprzedanego dzieła. Wręcz przeciwnie – wiadomo, że tak nie jest. Ludzie piracą np. Photoshopa, ale gdyby nie mogli tego robić, tylko nieliczny promil, nawet nie procent, dokonałby legalnego zakupu tej aplikacji.

6. Koncerny walczą z internetowym piractwem. Nawet bardzo agresywnie i stosując potężny lobbing – vide: ACTA. Ale zapominają o tym, że ten wredny wg nich Internet i inne współczesne narzędzia IT i szerzej globalizacja ułatwiły im dotarcie do milionów nowych klientów. Być może więc na piractwo sieciowe należy spojrzeć, jak na pewien dodatkowy koszt powiększenia rynków zbytu? Myślę, że byłoby bardzo ciekawe dokonać wyliczeń i odpowiedzieć na pytanie, czy straty powodu piractwa największych wytwórni płytowych są większe od ich zysków z tytułu rozwoju Internetu.

7. Podobny wątek pojawia się kiedy mówimy o… zaletach piractwa. Tych można szukać na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze nie brakuje ludzi, którzy twierdzą, że dzięki pirackim kopiom nagrań, później kupili legalne płyty lub książki. Inaczej by tego nie zrobili. Po drugie, piractwo pozwala dotrzeć niektórym do dóbr w inny sposób nieosiągalny – i znowu nie warto tego porównywać do kradzieży mercedesa, którego też nie każdy może mieć i z pewnością nie każdy MUSI. Jeżeli nastolatek ukradnie np. zaawansowany program do projektowanie mostów, to może się nauczyć jego obsługi przez co w przyszłości być może będzie lepszym inżynierem i ponadto użytkownikiem już legalnej jego kopii. W tej sytuacji producent programu, któremu nastolatek „ukradł” jego aplikację nie tylko nie jest stratny, ale wręcz przeciwnie – piractwo było dla niego korzystne.

Tak więc myślę, że istnieje ryzyko, że ACTA i szerzej mocna ochrona praw autorskich może przynieść dzisiaj więcej złego niż korzyści. W świecie coraz bardziej zdominowanym przez korporacje, a nie twórców, restrykcyjne prawo antypirackie jest szkodliwe.

Albo może jeszcze inaczej. Ta myśl pojawiła mi się przed chwilą. Czy nie jest też może tak, że masowe piractwo jest niczym innym, jak reakcją współczesnych społeczeństw na coraz bardziej zmonopolizowany świat? W świecie wielkiej różnorodności piractwo byłoby skrajnie nieopłacalne.

PS: Zbieram książki i płyty CD. Kupuję je - nie piracę.

Komentarze (4)
Zalety państwa dobrobytu
 Oceń wpis
   

Nie wszystkie elementy państwa dobrobytu należy zlikwidować. Wręcz przeciwnie – należy walczyć o utrzymanie niektórych z nich. Niewątpliwie kosztowna polityka społeczna sprawdza się jednak bardzo dobrze np. w walce z niekorzystnymi tendencjami demograficznymi.

Nie przypadkiem Francja, Szwecja i Norwegia należą do tych państw gdzie wskaźniki urodzeń są najwyższe w Europie – oscylują około 2 urodzeń na kobietę. Prowadzi się w nich bardzo intensywną politykę pronatalistyczną. Jej elementami jest między innymi rozbudowana sieć żłobków, przedszkoli, efektywny system opieki zdrowotnej i gwarancje łatwego powrotu do pracy po urodzeniu dziecka. Wszystko to niemało kosztuje, ale się opłaca – co potwierdzają twarde dane o liczbie urodzeń we Francji i Szwecji.

Tak na marginesie, to nie można tłumaczyć dużej liczby urodzin w Skandynawii czy nad Loarą sporą liczbą emigrantów. To mit. Gdyby było tak łatwo, to Niemcy przodowałyby w statystykach dzietności, a tym czasem znajdują się bliżej końca niż początku zestawienia europejskich państw pod względem liczby urodzeń.

Nie prawdą też jest, że tradycyjna rodzina, co może zabrzmieć obrazoburczo dla wielu Polaków, jest warunkiem koniecznym wysokiego wskaźnika urodzeń – tu też mamy twarde, które temu przeczą (raport OECD - Society at a Glance 2011). Popatrzmy na poniższy wykres oparty na danych OECD. Im wyżej na wykresie znajduje się dane państwo, tym większy ma wskaźnik urodzeń. Z kolei im bardziej na prawo się znajduje, tym więcej dzieci rodzi się w związkach pozamałżeńskich.

Z danych OECD wynika np., że we Francji i w Skandynawii połowa lub więcej dzieci rodzi się poza tradycyjną rodziną. I jak widać demografii to nie przeszkadza. Bardziej konserwatywne Hiszpania, Polska, Węgry i Włochy kiepsko sobie radzą z zadowalającymi wskaźnikami urodzeń. Promowanie więc większej dzietności poprzez ochronę praw tradycyjnej rodziny nie jest rozwiązaniem jedynie słusznym.

W każdym razie w demografię warto inwestować, budując całą infrastrukturę ułatwiającą opiekę nad dziećmi. To ten element państwa dobrobytu, który działa i przynosi korzyści wszystkim.

I może dlatego np. nie negując koncepcji cięć w becikowym dla wszystkich, byłoby lepiej, gdyby środki tutaj pozyskane trafiły nie do budżetu na inne cele lub zmniejszyły skalę naszego zadłużenia, ale powiększyły kwotę becikowego dla uboższych, którzy nadal je będą otrzymywać. W Polsce, gdzie pronatalistyczna polityka mocno kuleje nawet taka dyskusyjna forma wspierania rodziny jest nie do pogardzenia.

Komentarze (4)
Kryzys w Rzeczpospolitej
 Oceń wpis
   

W ubiegłym roku w Krajowym Rejestrze Sądowym (KRS) zarejestrowano 24,3 tys. podmiotów – to o 3,5 proc. więcej niż w świetnym pod tym względem 2010 roku. A Rzeczpospolita w weekend napisała na pierwszej stronie, że polski biznes hamuje…

…i to bardzo, ponieważ „Tylko ok. 37 tysięcy nowych przedsiębiorstw powstało w ubiegłym roku w naszym kraju – wynika z najnowszych danych ZUS. W poprzednich latach rejestrowano rocznie 80-100 tys. firm.”

Dzień po artykule w Rzeczpospolitej dziennikarze Pulsu Biznesu przetaczają najnowsze, zacytowane wyżej, dane z KRS-u. Zauważają przy tym, że spada dynamika wzrostu. Ale cały czas w Polsce zakłada się więcej firm, że rok wcześniej. I to nawet całkiem niedawno, bo np. w IV kwartale ubiegłego roku w KRS pojawiło się 6690 nowych podmiotów, a więc więcej o 155 niż rok wcześniej.

Kto ma rację? Polski biznes się rozwija, czy wchodzimy w okres stagnacji?

Puls Biznesu. Przy czym tylko pozornie odpowiedź na to pytanie jest trudna.

Dla ZUS-u firmą jest zarówno PKN Orlen, jak sprzątaczka, zmuszona przez swojego dawnego pracodawcę do założenia jednoosobowej działalności gospodarczej. Drastyczny spadek liczby nowych przedsiębiorstw w Polsce, to tak naprawdę, co zresztą można zobaczyć w samych statystykach ZUS-u, spadek liczby nowych jednoosobowych firm. W 2011 roku zarejestrowano o kilkadziesiąt tysięcy mniej nowych jednoosobowych firm, ale za to o kilka tysięcy więcej tych, które zatrudniają do pięciu osób. Polski rzeczywisty small-business kwitnie – w ciągu minionych trzech lat powstało ponad 60 tys. firm zatrudniających 1-5 osób.

I nie gorzej jest w świecie nieco większych przedsiębiorstw – to potwierdzają twarde dane z KRS, o których pisze Puls Bzinesu.

A co oznacza spadek liczby jednoosobowych firm? Tylko i wyłącznie tyle, że biedne sprzątaczki, handlowcy, inżynierowie i cała armia innych pracowników już przeszła przez etap zakładania swoich „biznesów” polegających tak naprawdę na wykonywaniu pracy, którą kiedyś realizowali jako pracownicy etatowi. Mówiąc inaczej restrukturyzacja zatrudnienia w większych polskich spółkach się kończy – i tylko to pokazują dane ZUS…

…a  nie to, że polski biznes hamuje. I Rzeczpospolita powinna to wiedzieć, drukując na pierwszej stronie tytuł „Polski biznes na hamulcu”. W końcu to poważny, opiniotwórczy dziennik…

Komentarze (0)
Mit renacjonalizacji i wielcy wygrani światowego kryzysu
 Oceń wpis
   

Unia Europejska trzeszczy w szwach. Niektórzy głoszą tezę, że wracamy do sprawdzonych koncepcji państwa narodowego – rządy znowu mogą i chcą więcej, ratując przede wszystkim swoich obywateli. Niestety, to myślenie mocno życzeniowe. One wcale nie ratują swoich obywateli – przynajmniej nie przede wszystkim…

Patrząc na protesty Oburzonych, można bez większego wysiłku intelektualnego dojść do pewnego wydaje się, że interesującego, choć brzmiącego mocno rewolucyjnie, wniosku. Protestujących irytują, i tu się można z nimi zgodzić, rosnące nierówności społeczne, które do niedawna znane były wyłącznie z krajów Ameryki Południowej, Rosji i czasów XIX-wiecznego kapitalizmu. Atakują bankowców czy szerzej finansistów, znowu słusznie zauważając, że często ich odpowiedzialność za błędne decyzje jest żadna lub niewielka. Złote parasole, wyrozumiałe lub słabe rady nadzorcze i najlepsi prawnicy gwarantują im niemal stuprocentową bezkarność.

Oburzeni nie podkreślają jednak, a szkoda, że znakomita część pomocy publicznej w ramach przeróżnych pakietów antykryzysowych trafiła i trafia nie do bezrobotnych, zwalnianych i wyrzucanych z zadłużonych domów, ale do największych korporacji – w dużym stopniu beneficjentów światowego kryzysu. 

Amerykanie i Europejczycy ratowali swoich bankowców, producentów samochodów i firmy ubezpieczeniowe. Często te same firmy dostawały wsparcie z więcej niż jednego źródła – czego najlepszym przykładem jest GM, którego wsparli zarówno Amerykanie, jak i Niemcy.

Czy potężny strumień pieniędzy, który trafił do największych firm świata i trafia dalej (vide: choćby ostatnie tanie pożyczki z Europejskiego Banku Centralnego dla europejskich banków) służy przede wszystkim obywatelom danego kraju udzielającego pomocy? Hmm… Ryzykowne pytanie. I lepiej go nie zadawać bezrobotnym i zadłużonych Amerykanom, Brytyjczykom czy Hiszpanom. Nawet jeżeli, wierzymy, że dzięki miliardom dolarów i euro zachowano część miejsc pracy w takich spółkach, jak Bank of America, General Motors czy Société Générale.

Kryzys pokazał nie siłę narodowych rządów, które nagle zaczęły ratować swoich obywateli, ale wręcz przeciwnie - ich słabość w starciu z prezesami potężnych korporacji. To te ostatnie, z budżetami na poziomie średnich państw wysokorozwiniętych, okazały się zaskakująco potężne – przekonały przedstawicieli ludu, że ich dobro to dobro narodów...

I, jak widać, ta strategia okazała się skuteczna. Korporacje przetrwały kryzys w bez porównania lepszej kondycji niż państwa, które je ratowały. Dostały dużo pieniędzy na konieczne restrukturyzacje i pokrycie strat z przeszłości. I nie wiem, czy za każdym razem ratując się, ich zarządy myślały przede wszystkim o interesach państwa, gdzie znajduje się ich centrala – to teza, którą bardzo trudno udowodnić.

W każdym razie, gdybym był szefem wielkiej potężnej korporacji, to nauczony doświadczeniem bardzo bym cieszył się myślą, że istnieje np. spora szansa na to, że niedługo może zniknąć unijny urząd antymonopolowy. Przykład jednego z największych producentów oprogramowania na świecie jednoznacznie pokazuje, że z w starciu z największymi korporacjami lokalne, narodowe urzędy antymonopolowe są bez szans. Za to Mario Monti był całkiem skuteczny.

Duży naprawdę może więcej i raczej nie ma skrupułów.

Komentarze (4)
Miedź - czyli całkiem możliwa recesja
 Oceń wpis
   

Szukając inspiracji do handlu na foreksie lub giełdzie papierów wartościowych, warto rzucić okiem na wykres kontraktów na miedź. To zdaniem wielu barometr globalnej gospodarki.

Wydaje się, że wykresem dziennym miedzi rządzą dwie linie – jedna, niebieska, pokazuje średnioterminowy trend spadkowy. Druga, zielona – krótkoterminowy trend rosnący.

Zacznijmy od tego ostatniego. Trwa – ale byki słabną. Z początkiem grudnia nie udało im się pokonać maksimum z końca października… I to mimo faktu, że 31 listopada udało im się wyjść ponad linię trendu średnioterminowego. Niestety na krótko. Od połowy grudnia znowu jesteśmy pod niebieską kreską.

Wnioski? Zejście poniżej 325 to możliwe spadki na początek do 305-300 dolarów. Ruch w górę, choć możliwy, jest od strony technicznej zdecydowanie trudniejszy. Oporów nie brakuje. Na początek byki muszą wyjść ponad 360 dolarów, a więc ostatnie maksimum.

Mało optymistycznie wygląda również wykres tygodniowy miedzi – poniżej. Widzimy na nim dość czytelną formację trójkąta. Czytelną, co wcale nie znaczy, że pewną. Stuprocentowej pewności, że czekają nas tylko spadki nie ma, ale wybicie w dół jest bardziej prawdopodobne od ruchu do góry – zwłaszcza, że od pewnego czasu jesteśmy już poniżej linii długoterminowego trendu rosnącego oraz 50-okresowej średniej kroczącej.

-------------------------------

Więcej analiz rynków walutowych, surowców i giełd pod adresem  www.fxblog.com.pl

Komentarze (3)
Euro – więcej niż korzystne dla Polski
 Oceń wpis
   

Powinniśmy zrobić wszystko, by strefa euro przetrwała. I wcale nie z powodów, o których mówią skrajni euroentuzjaści, ale dlatego że wspólna europejska waluta pomaga… Niemcom.

Cóż – to nie będzie długi wywód. Wystarczy tylko kilka liczb. Wg federacji niemieckich eksporterów BGA w nocy z 5 na 6 grudnia po raz pierwszy w historii roczny eksport Niemiec przekroczył bilion euro. A w przyszłym roku, wg prognoz BGA ma sięgnąć kwoty 1,14 bln euro.

Opinia, że jednym z istotnych czynników (obok np. reform rynku pracy wprowadzonych przez Schrödera i wysokim wskaźniku innowacji niemieckiego przemysłu) odpowiedzialnym za ten stan rzeczy jest przynajmniej neutralny, jeżeli nie korzystny wpływ europejskiej waluty nie wydaje się przesadnie wydumana. Wystarczy popatrzeć choćby na przetoczone powyżej twarde dane o niemieckim eksporcie (są kwitnące!) i dodać do nich jeszcze informację że 60 proc. eksportu naszego niemieckiego sąsiada trafia do krajów Unii Europejskiej. Mówiąc inaczej Niemcy, dzięki euro nie mają, jak Japończycy problemu z przesadną aprecjacją własnej waluty i sprzedają towary za miliardy dolarów niemal wszystkim – z naciskiem na Europę.

A kto korzysta z prosperity niemieckich eksporterów? Oczywiście Helmut z Dieterem z Berlina…, ale nie tylko. Naszym największym partnerem handlowym są Niemcy. Ponad ¼ polskiego eksportu trafia za Odrę, a kolejne jego 15 proc. tak na marginesie wysyłamy do Francji, naszego drugiego co do wielkości partnera handlowego, który także jest żywotnie zainteresowany utrzymaniem strefy euro – między innymi z tych samych powodów do Niemcy.

Niemieckie firmy przenoszą produkcję do Polski, ponieważ tu są niższe podatki, tańsza siła robocza i ponadto niskie koszty transportu gotowych produktów do Niemiec. Do fabryk w Polsce trafiają podzespoły, tu są składane, a następnie maszyny i urządzenia wyjeżdżają do Niemiec, które sporą ich część reeksportują. Tak w uproszczeniu wygląda model biznesowy dzięki któremu w bardzo dużym stopniu nasza gospodarka ma się całkiem dobrze. 

Od kontaktów handlowych z Niemcami zależy jakieś 10 proc. naszego PKB. Nie trzeba więc być wybitnym analitykiem, aby domyślić się, jak będzie wyglądała nasza gospodarka, jeżeli niemiecki eksport gwałtownie osłabnie.

Wnioski? Banalne. Istnieje silny związek przyczynowy pomiędzy euro, niemieckim eksportem i polską gospodarką. Euro paradoksalnie pomaga i to wielce naszej gospodarce. I to mimo faktu, że jesteśmy poza strefą euro. To na razie układ idealny. Warto go zmienić w przyszłości i wejść do eurolandu (jeżeli, daj Boże, przetrwa), ale dopiero wtedy, gdy poprawimy znacząco strukturę gospodarki – powinna być zdecydowanie bardziej niż teraz nastawiona na eksport.

I jeszcze jedno – powyższe liczby powinien sobie zapamiętać każdy polski polityk. I pamiętać, że jego psim obowiązkiem jest nade wszystko wspieranie naszej gospodarki i eksportu. 
----------------------------------------------
PS: Tak na marginesie, to zdecydowanie nie jest tu wątek najważniejszy, to dostrzegalny zaczyna być też udział Polski w niemieckiej strukturze handlowej. W 2009 roku zajmowaliśmy 12. miejsce na liście niemieckich importerów. Tuż po Rosji, a przed Hiszpanią, Japonią czy Norwegią. I dziewiątą pozycję wśród odbiorców niemieckiego eksportu - między Szwajcarią a Hiszpanią. 
 

Komentarze (3)
Smog nad Krakowem i brutalna ekonomia
 Oceń wpis
   

Ekologia jest dla bogatych. Biedni żyją w zadymionych, mocno zanieczyszczonych miastach – między innymi w Krakowie. Do tego brakuje im szczęścia i bywa, że rządzą nimi kretyni… Ale po kolei.

To, że gród Kraka leży w niecce uczą się już dzieci w polskich podstawówkach – choć może niekoniecznie wszystkich. Żadna to nowość. Podobnie, jak ta że w okolicach Krakowa silny wiatr to bardziej wyjątek niż reguła. Smog nad miastem tworzy się okresowo nad miastem od wielu, wielu lat, kiedy z średniowiecznej osady wkroczyło w erę rewolucji przemysłowej…

…i dziwnym trafem szczególnie chętnie zimą. Mniej wieje? Nic z tych rzeczy. Głównym winowajcą, też żadna nowość, odpowiedzialnym za powstawanie smogu jest tzw. niska emisja czyli zanieczyszczenia pochodzące z ogrzewania budynków za pomocą indywidualnych pieców węglowych i niewielkich kotłowni. Do tego dochodzi kolejny problem: nasilający się proceder palenia w piecach śmieciami, który potwierdzają twarde dane w postaci składu pyłu unoszącego się nad miastem zawierającego między innymi składniki typowe dla dymu po paleniu tworzyw sztucznych.

Teza, że ludzie chętniej palą teraz węglem lub w bardziej skrajnych wrzucają do pieców śmieci, niż sięgają po bardziej ekologiczny gaz nie wydaje się trudna do obrony. Węgiel jest teraz tańszym nośnikiem energii od gazu, a będzie jeszcze tańszym – relatywnie…. PGNiG wystąpił kilka dni temu o podwyższenie ceny gazu. 

Zatem ludzie sięgają po tańsze rozwiązanie, być może dotknięci kryzysem, a na pewno nieakceptujący wysokich ich zdaniem cen lotnego paliwa. Wygrywa ekonomia, ekologia przegrywa. No i tutaj pojawia się jeszcze wątek, jak zwykle niekompetentnych polityków – na szczeblu centralnym, nie w Krakowie. 

Pod Wawelem od 1995 r. realizowano program, w ramach którego przyznawano dofinansowanie osobom, chcącym zastąpić swe paleniska węglowe innymi systemami grzewczymi. Dzięki niemu udało się zlikwidować blisko 20 tysięcy nieekologicznych palenisk i ok. 350 większych kotłowni. Niestety, pod koniec 2009 r. zmieniły się przepisy ustawy Prawo ochrony środowiska, co wymusiło wstrzymanie programu.

Samorządy zaprotestowały i w końcu, po licznych interwencjach wprowadzono kolejną nowelizację przepisów. Dzięki temu w Krakowie będzie można wznowić program likwidacji niskiej emisji. Ruszy z początkiem 2012 r, z budżetem 1,5 mln zł. Urzędnicy zakładają, że w przyszłym roku wpłynie około 300 wniosków. Kwoty dotacji (1 - 2 tys. zł) będą ustalane w zależności od liczby zlikwidowanych palenisk węglowych i mocy zainstalowanego źródła nowego ogrzewania.

Problem tylko w tym, czy to wystarczy do tego, aby zniechęcić do niemal darmowego palenia śmieci lub tańszego opalania węglem. Jak nie, to przyjdzie czekać na wiosnę – ogień w piecach zgaśnie, kotłownie zostaną wyłączone. Smog zniknie… do następnej zimy. 

Komentarze (3)
Koniec słów – czas na ustawy
 Oceń wpis
   

Expose Donalda Tuska było wyjątkowe. Chyba ostatnim premierem, który obiecywał głównie krew, pot i łzy był przed nim Tadeusz Mazowiecki. Rynki finansowe usłyszały z grubsza to co chciały, a obywatele to, czego mogli się spodziewać.

Ale siła i moc tego expose ujawni się tylko wtedy, jeżeli za słowami premiera pójdą czyny – czyli mówiąc krótko ustawy. Do tego czasu na ich uchwalenie jest cholernie mało. Zapewne rząd chce by nowe przepisy podatkowe obowiązywały od nowego roku – czyli by uniknąć problemów z orzeczeniami Trybunału Konstytucyjnego muszą być uchwalone jeszcze w tym roku.

No i jeszcze jedno. Protesty są nieuniknione. Nikt, w tym piszący te słowa, nie lubi kiedy zabierane są mu pieniądze. Ja stracę na zmniejszeniu ulgi dla twórców (50 proc. kosztów uzyskania). Ale w expose premier powiedział też dużo niemiłych rzeczy dla „górników” niepracujących bezpośrednio przy wydobyciu, sporej części rolników i pracodawców (zniesienie ulgi Kaczyńskiego) i ciułaczy…

Łatwo nie będzie. Reformy bolą. Bardzo. To jak ohydne w smaku lekarstwo, na które zgadzamy się tylko po przykrej akceptacji decyzji lekarza. A i tak niechętnie i nie wszyscy.

I co gorsza… - trudne czasy dopiero nadciągają.
 

Komentarze (0)
Oburzeni mają rację
 Oceń wpis
   

Wystarczy tylko kilka dni pobytu w Londynie aby zobaczyć, że współczesny model kapitalizmu konsumpcyjnego nie spełnia, delikatnie mówiąc, oczekiwań milionów. W metrze i na ulicach widać coraz mniej oznak zasobnego społeczeństwa – za to sporo cięć i przejawów drastycznego oszczędzania.

I raczej nie ma się co dziwić. W mieście, w którym sprzedawca w sklepie zarabia koło 300 funtów tygodniowo, a spora część pracowników biurowych i call-center niewiele więcej, nie może być przesadnie kolorowo, skoro wynajęcie małego mieszkania kosztuje co najmniej kilkaset funtów, tygodniowy bilet na metro w pierwszych dwóch strefach niecałe 30, a hamburger w Burger Kingu około pięciu. I nie zmienia tego obrazu specjalnie fakt, że w City tygodniowa mediana płac przekracza 800 funtów, a lekarz na Wyspach zarabia tygodniowo około tysiąca funtów na tydzień.

Zjednoczone Królestwo teraz bardziej się sypie niż rozwija i rosnąca liczba protestów nie dziwi. To tym bardziej znamienne, że Londyn dzisiaj to nie Londyn sprzed kilkudziesięciu lat. Protestować nie jest łatwo . Władze zezwalają wyłącznie na marsze ustaloną trasą w ustalonych godzinach. Odstępstwa od trasy, próby rozbicia namiotów, budowa miasteczek protestujących, jak w Stanach jest praktycznie niemożliwa. Policja działa szybko i bezwzględnie. 

Udało się pod Katedrą św. Pawła, ale to tylko dlatego, że kościół anglikański zgodził się na protest i oburzeni mogą koczować na niewielkim, bardzo niewielkim placyku pod katedrą. Znakomita większość innych miejsc, placów i parków w Londynie należy, po fali prywatyzacji ery Thatcher, do spółek prywatnych lub jest przez nie zarządzana. Protest na prywatnym terenie (często należącym do dużej korporacji) jest niemożliwy. Kto był pod katedrą św. Pawła, mógł być zaskoczony skalą protestu – to ledwie kilkaset metrów kwadratowych powierzchni zajętej przez kilkadziesiąt ściśniętych namiotów…. – patrz poniżej.


 

Pozornie wydaje się więc, że lud Londynu kocha jednak swoją pracę, zarobki i osiągnięty standard życia. Pozornie… Marszów protestacyjnych bowiem przybywa, podobnie jak złośliwych uwag o bankierach i korporacjach w pubach i na festynach. Czuć złość i zmęczenie. Korporacyjny kapitalizm konsumpcyjny nie daje już szczęścia milionom nawet w jednej ze swoich stolic.

A rozwiązaniem powyższego na pewno nie jest likwidacja miasteczek protestujących – co właśnie z drugiej strony oceanu zaczęła czynić amerykańska policja.

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Najnowsze komentarze
2012-01-28 01:16
najlepsze lokaty:
WIG20 - pułapka hossy?
Jak zawsze przy inwestycjach: możemy, nie musimy...
2012-01-27 10:38
KarolZA:
Krótka pochwała piractwa w punktach
Bzdury mówisz totalne i widać, że jedyne co chronisz to interes wytwórni. Jest bardzo wielu[...]
2012-01-26 19:37
marcus1900:
Krótka pochwała piractwa w punktach
A gdzie ty kolego bluzgi widzisz? Artykuł jest długi i gdybym chciał odnieść się do wszystkich[...]
O mnie
Marcin Kaczmarczyk
Analityk w Trigon Domu Maklerskim. Dziennikarz ekonomiczny i IT. Rzeczywistość gospodarczą śledzi i komentuje od dawna. Był redaktorem naczelnym serwisu giełdowego StockWatch.pl. Pracował w Gazecie Wyborczej, Forbes, Komputer ŚWIECIE oraz Rynku Kapitałowym.