ACTA to bardzo cenny dokument. Ba! Nawet bardzo cenny! Idealny dla twórców. Ale niestety… nie w aktualnych czasach.
Prawa twórców zasługują na ochronę. Powinny istnieć regulacje prawne i narzędzia, które ograniczają ryzyko nielegalnego kopiowania ich dzieł – stuprocentowa racja. Problem jednak w tym, że we współczesnym świecie prawa autorskie służą przede wszystkim największym korporacjom, a nie niszowym wydawcom i większości twórców. Nie zawsze też ta ochrona jest zgodna z czymś takim jak interes społeczny…
A teraz w punktach, kilka szczegółów.
1. W listopadzie Universal Music Group kupiło za 1,2 mld funtów konkurencyjny koncern EMI Music. W ten sposób powstała wytwórnia płytowa odpowiadająca za 1/3 globalnej produkcji fonograficznej. Po fuzji na rynku pozostało już tylko trzech wielkich graczy, którzy kontroluję ponad 75 proc. światowego rynku muzyki – wg niektórych nieco więcej. To do nich należą prawa autorskie znakomitej większości muzyków. Wszelkie regulacje prawne, chroniące zatem prawa autorskie, przede wszystkim służą im interesom…
2. A twórcom mniej… Bowiem ci, zwłaszcza mniej znani, dostają ledwo kilka procent od ceny każdej płyty lub pliku sprzedanego przez wielką wytwórnię.
3. Nadmierna koncentracja na globalnym rynku muzycznym nie sprzyja, mówiąc delikatnie, niskim cenom. Pojawia się ponadto ryzyko zaniku różnorodności, narzucania przez wielkiego gracza skrajnie niekorzystnych warunków twórcom itp., itd. Wszyscy wiemy co mogą i potrafią monopole i oligopole i dlaczego są złe.
4. Powyższe niestety nie dotyczy tylko muzyki. Wielcy znaczą coraz więcej nie tylko np. w świecie filmu, ale również w wielu dziedzinach współczesnej wiedzy czy… mody. Bez większych trudności możemy dotrzeć w sieci np. do zarzutów wobec niektórych największych koncernów paliwowych, że kupowały patenty dotyczące alternatywnych źródeł energii tylko w tym celu, aby je schować głęboko do sejfu i dalej żyć głównie z pompowania ropy naftowej. Tego typu zachowania są sprzeczne z interesem globalnego społeczeństwa. A ACTA również ich interesy pomoże chronić.
5. Wielkie koncerny mediowe wmówiły wielu, że nielegalne kopiowanie ich dzieł za pomocą nowoczesnych narzędzi IT, w tym w Internecie, jest takim samym przestępstwem, jak zwykła kradzież np. portfela czy samochodu. Nieprawda. Po pierwsze poszkodowany nie traci definitywnie swojego dobra. Nadal go ma i może się nim cieszyć. Traci tylko część przychodu, jaki potencjalnie mógłby się pojawić w sytuacji, gdyby nie doszło do aktu piractwa. To już wystarczy, aby odrzucić łatwe zestawianie zwykłej kradzieży z indywidualnym nielegalnym ściąganiem filmów, czy muzyki z Internetu. Dodatkowo nie mamy pewności, że każda piracka kopia równa się stracie w wysokości jednego sprzedanego dzieła. Wręcz przeciwnie – wiadomo, że tak nie jest. Ludzie piracą np. Photoshopa, ale gdyby nie mogli tego robić, tylko nieliczny promil, nawet nie procent, dokonałby legalnego zakupu tej aplikacji.
6. Koncerny walczą z internetowym piractwem. Nawet bardzo agresywnie i stosując potężny lobbing – vide: ACTA. Ale zapominają o tym, że ten wredny wg nich Internet i inne współczesne narzędzia IT i szerzej globalizacja ułatwiły im dotarcie do milionów nowych klientów. Być może więc na piractwo sieciowe należy spojrzeć, jak na pewien dodatkowy koszt powiększenia rynków zbytu? Myślę, że byłoby bardzo ciekawe dokonać wyliczeń i odpowiedzieć na pytanie, czy straty powodu piractwa największych wytwórni płytowych są większe od ich zysków z tytułu rozwoju Internetu.
7. Podobny wątek pojawia się kiedy mówimy o… zaletach piractwa. Tych można szukać na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze nie brakuje ludzi, którzy twierdzą, że dzięki pirackim kopiom nagrań, później kupili legalne płyty lub książki. Inaczej by tego nie zrobili. Po drugie, piractwo pozwala dotrzeć niektórym do dóbr w inny sposób nieosiągalny – i znowu nie warto tego porównywać do kradzieży mercedesa, którego też nie każdy może mieć i z pewnością nie każdy MUSI. Jeżeli nastolatek ukradnie np. zaawansowany program do projektowanie mostów, to może się nauczyć jego obsługi przez co w przyszłości być może będzie lepszym inżynierem i ponadto użytkownikiem już legalnej jego kopii. W tej sytuacji producent programu, któremu nastolatek „ukradł” jego aplikację nie tylko nie jest stratny, ale wręcz przeciwnie – piractwo było dla niego korzystne.
Tak więc myślę, że istnieje ryzyko, że ACTA i szerzej mocna ochrona praw autorskich może przynieść dzisiaj więcej złego niż korzyści. W świecie coraz bardziej zdominowanym przez korporacje, a nie twórców, restrykcyjne prawo antypirackie jest szkodliwe.
Albo może jeszcze inaczej. Ta myśl pojawiła mi się przed chwilą. Czy nie jest też może tak, że masowe piractwo jest niczym innym, jak reakcją współczesnych społeczeństw na coraz bardziej zmonopolizowany świat? W świecie wielkiej różnorodności piractwo byłoby skrajnie nieopłacalne.
PS: Zbieram książki i płyty CD. Kupuję je - nie piracę.