Thatcher była bardziej brutalna
 Oceń wpis
   

Szokują nas piątkowe boje pod Sejmem? Boimy się, że jesteśmy w cywilizowanej Europie wyjątkiem? Niesłusznie. W Wielkiej Brytanii w połowie lat 80. było gorzej.

Około roku trwały protesty górników w Wielkiej Brytanii, kiedy Margaret Thatcher postanowiła zlikwidować angielskie górnictwo. W lach 1984-1985 kilka osób zginęło, około 5 tys. górników było aresztowanych, na niektórych obszarach wprowadzono godzinę policyjną, na ulice wyjechały transportery opancerzone. Protesty były długie i gwałtowne, widoki policjantów na koniach szarżujących na protestujących nie były czymś wyjątkowym. Przy tym nasze piątkowe wybryki pod Sejmem to niemal dziecinada.

Nie warto też przesadnie ekscytować się wcześniejszą pełną emocji debatą rozgorączkowanych polityków. Kto ma inne zdanie, niech częściej ogląda choćby Bloomberga. W rozsyłanej na cały świat telewizji biznesowej czasem można zobaczyć spore fragmenty debat z angielskiego parlamentu – temperatura toczonych w nim sporów bywa gigantyczna, wypowiedzi dalekie są od powściągliwych, a krzyki posłów siedzących w tylnych rzędach bardzo przypominają obrazki z Wiejskiej.

Jest jednak pomiędzy tym co dzieje się w Polsce, a tym co nad Tamizą gigantyczna różnica. Otóż w Londynie znakomita większość mediów nie pochyla się zbyt długo nad rynsztokowymi wypowiedziami angielskich posłów. Te są ignorowane. Media i dziennikarze mówią głównie o tym, co istotne – wyłuskują problem. U nas tymczasem agresywne wypowiedzi są wrzucane na pierwszy plan. Związana z tym atmosfera kibolskiego pojedynku staje się najważniejsza.

Nie sposób ukryć banalnego spostrzeżenia, że takie spojrzenie dewastuje debatę publiczną. Obniża jej jakość. Politycy startują już nie do pojedynków, ale do kibolskich ustawek w klatkach przygotowanych przez nasze media spragnione prymitywnych emocji. 

Przesadne? Hmm… Można polemizować. Warto jednak i nawet należy spytać dlaczego tak się dzieje. Co się stało, że jakość polskiego dziennikarstwa spada? Odpowiedź na to pytanie zdecydowanie jednak wykracza poza ramy tego krótkiego wpisu.

Komentarze (5)
Radość prezesów i płacz akcjonariuszy
 Oceń wpis
   

Trzech najlepiej zarabiających w Polsce prezesów spółek giełdowych zarobiło w 2011 roku łącznie blisko 28 mln zł. W tym samym czasie akcjonariusze kierowanych przez nich firm stracić mogli nawet blisko 40 proc. zainwestowanych aktywów.

Rzeczpospolita opublikowała dzisiaj ranking najlepiej zarabiających prezesów spółek giełdowych w Polsce. Warto zestawić te dane z ich ubiegłorocznymi osiągnięciami.

Najwięcej, wg opublikowanych dzisiaj analiz Rzeczpospolitej, zarobił Janusz Filipiak z Comarchu – 11,8 mln zł. Rekordzista na GPW nie pierwszy raz. W 2009 roku Comarch wypłacił mu 11,3 mln zł - również najwięcej wśród giełdowych prezesów. Pensja założyciela krakowskiej spółki IT w ubiegłym roku była całkowicie oderwana od wyników spółki na giełdzie. Akcjonariusze Comarchu w 2011 roku stracili ponad 38 proc. zainwestowanych środków.

Trudno też powiedzieć by była powiązana z twardymi wynikami grupy. Comarch w ubiegłym roku miała 36,26 mln zł skonsolidowanego zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej w 2011 roku wobec 43,72 mln zł zysku rok wcześniej. Skonsolidowane przychody w tym czasie wzrosły nieznacznie – z 761,36 mln zł w 2010 r. do 785,65 mln zł w 2011 r.


 

Notowania Comarchu (niebieska linia), Tu Europa (czarna linia) i TVN (czerwona linia).

Na drugim miejscu w zestawieniu Rzeczpospolitej znajduje się Jacek Podoba z TU Europa. Kierowana przez niego firmy zapłaciła mu w ubiegłym roku 8,7 mln zł – jego wynagrodzenie wg dziennikarzy Rzeczpospolitej wzrosło w porównaniu do roku 2010 o ponad 400 proc. i pochłonęło niemal połowę sumy, którą spółka przeznaczyła na pensje dla wszystkich pracowników. Akcjonariusze TU Europa stracili w 2011 roku nieco ponad 10 proc. i ta strata mogłaby być znacząco większa, gdyby nie wezwanie na akcje spółki, jakie pojawiło się w grudniu ubiegłego roku.

Jacek Podoba ma się jednak czym pochwalić. Pod jego zarządem TU Europa w 2011 r. zanotowała rekordowy w historii zysk netto w wysokości 173 mln zł – 15 proc. więcej niż rok wcześniej. Spółka majątkowa osiągnęła aż o 21 proc. większy zysk netto - wyniósł 91,6 mln zł - zbierając przy tym blisko 472 mln. zł składki brutto. Również spółka życiowa znacząco poprawiła wyniki – wypracowany zysk wzrósł o 8 proc. do poziomu blisko 82 mln zł z 75 mln. zł w 2010 r.

Trzecie miejsce w rankingu prezesów zajął Markus Tellenbach z TVN – zarobił w 2011 roku 7,35 mln zł. W tym czasie akcje TVN staniały ponad 38 proc. Firma zanotowała również słabe wyniki. Jej roczne, liczone razem z platformę „n”, przychody spadły o 1 proc. w ujęciu rocznym i wyniosły 594,2 mln zł. Wynik netto stopniał o 21 proc. i wyniósł 12,4 mln zł.

Wnioski? Cóż – rekordowe zarobki prezesów absolutnie nie idą w parze z zyskami akcjonariuszami. Jeżeli istnieje tu jakakolwiek korelacja, to raczej odwrotna. W tym absurdzie jest jednak jeden plus. Jacek Podoba faktycznie sprawnie zarządza spółką, patrząc na jej wyniki. Może w przyszłości akcjonariusze TU Europa zarobią niemało – problem tylko w tym, że nie będą to już drobni gracze warszawskiego parkietu. Po wezwaniu Talanx International i Meiji Yasuda Life akcje spółki raczej znikną z warszawskiego parkietu. 

Komentarze (0)
WIG20 – byki pod presją
 Oceń wpis
   

Analiza techniczna nie jest ostatnio przychylna bykom - przynajmniej jeżeli mówimy o indeksie WIG20. Nad ich głowami gromadzą się czarne chmury, co na pewno sugeruje ostrożność, choć wcale nie jest równoznaczne jeszcze z burzą.

Zacznijmy od wykresu tygodniowego - poniżej. Byki są na nim w trudnej sytuacji, ale jeszcze dalekiej od katastrofy. Zdradzają słabość – nie wyznaczyły w lutym nowego maksimum. Zapoczątkowane w ubiegłym tygodniu odbicie od linii krótkoterminowego trendu rosnącego nie jest zbyt dynamicznie kontynuowane. Wydaje się, że wykresem w dużym stopniu rządzą dwie czarne świece, z 5 i 12 sierpnia ubiegłego roku – zaznaczone czarnym prostokątem.

  

Widać, że dla byków wyjście z obszaru tej drugiej świecy, a więc wyraźne przekroczenie 2400 punktów jest nie lada wyzwaniem. Jeżeli się uda, to ruch na północ, przynajmniej w granicach wyznaczanych przez świecę z 5 sierpnia jest całkiem możliwy. Oczywiście, jeżeli się uda… bo na razie wykres tygodniowy sugeruje, że lekko faworyzowane są niedźwiedzie.

Podobnie jest na wykresie dziennym WIG20 – poniżej. Niby od końca września ubiegłego roku poruszamy się w trendzie rosnącym – zaznaczony na zielono – ale nie jest on zbyt solidny. Strona popytowa ma wyraźne problemy z rysowaniem kolejnych szczytów, a od lutego kurs osuwa się łagodnie w krótkoterminowym kanale spadkowym. Jego dolna krawędź zresztą została kilka sesji temu naruszona.

 

Ponadto ostatnie odbicie od linii zielonego trendu rosnącego nie wygląda na wyjątkowo silne. Sporo krótkich świec, brak potwierdzenie w obrotach.

To wszystko, w połączeniu z wiszącymi nad głowami byków średnimi kroczącymi (50 i 100-okresową) sugeruje, że ponowny atak na wsparcie nieco powyżej 2150 punktów jest całkiem możliwe w niedalekiej przyszłości - przynajmniej do czasu, gdy strona popytowa nie przejdzie wyraźnie oporów na poziomie 2300, a jeszcze lepiej 2400 punktów.
 

Komentarze (4)
Euro – jeden z europejskich bezpieczników
 Oceń wpis
   

Euro jest projektem w bardzo dużym stopniu politycznym. Ale w znacząco innej formie, niż uważa to znakomita większość jego krytyków.

Wokół wspólnej waluty nagromadziło się całe mnóstwo wygodnych dla wielu tez i banalnych przekłamań. Tu będzie tylko o trzech – ale dość ważnych.

Po pierwsze, prawdą jest, że projekt wspólnej waluty był politycznym narzędziem mającym pogłębić integrację Unii Europejskiej. Ale zapomina się tutaj o niezwykle ważnym fakcie, że został on zrealizowany przy początkowo niechętnej postawie Niemiec. Berlin, a precyzyjniej wtedy jeszcze Bonn, zmienił zdanie, ponieważ projekt euro był jednym z miękkich warunków na jakich godzono się na połączenie NRD z Republiką Federalną.

Francuzi, zresztą nie tylko oni, bardzo bali się nowych, dużych Niemiec i przeforsowali koncepcję euro, myśląc że potęgę ich wschodniego sąsiada może okiełznać wyłącznie ich silne umocowanie w projekcie Unii Europejskiej. I dalej, ich zdaniem bez integracji na poziomie walutowym ten projekt byłby ułomny, EWG działające na warunkach przed Maastricht było, w stosunku do aktualnego stanu, bardzo luźną platformą współpracy międzynarodowej pozbawioną wielu instytucji i ram prawnych. Tak luźną, że w niewystarczający sposób blokującą narodziny potężnego hegemona. Argumenty te do dzisiaj brzmią bardzo rozsądnie.

Po drugie, krytycy euro twierdzą, że jedną z największych wad wspólnej polityki monetarnej jest jej nieprzystosowanie do potrzeb konkretnych gospodarek narodowych. To konsekwencja uznawanej przez większość współczesnych ekonomistów myśli, że gospodarka rozwija się dzięki popytowi kreowanemu przez odpowiednią politykę monetarną i inwestycje państwowe. A filarem polityki monetarnej jest manipulowanie stopami procentowymi. By było skutecznie, musi być precyzyjnie – wysokość stóp powinna być dopasowana do realiów konkretnej narodowej gospodarki. Jak najbardziej zgoda! 

Tylko dwie uwagi. W praktyce nigdy nie udaje się tej polityki prowadzić idealnie – i nie mówię tutaj nawet o ewidentnych błędach i zbyt późnej reakcji banków centralnych na pewne zjawiska w gospodarce, ale o tym, że polityka monetarna traci też na skuteczności, ponieważ występują niemałe różnice pomiędzy regionami. To nie żart – najlepiej by było prowadzić inną politykę monetarną w Warszawie i inną w Białymstoku – tym razem jest jedna. Może więc, rozwijając tę myśl, różnice pomiędzy Berlinem i Paryżem z punktu widzenia polityki monetarnej nie są większe od tych, które występują pomiędzy np. Hamburgiem a Frankfurtem nad Odrą.

Ponadto autorzy koncepcji euro wiedzieli doskonale o zagrożeniu wynikającym z ujednolicenia poziomów stóp procentowych. Wierzyli jednak, że to nie ma większego znaczenia… bo gospodarka unijna coraz bardziej się integruje i przynajmniej jej rdzeń może już działać w takich samych warunkach prowadzonej polityki monetarnej. 

I patrząc choćby na gospodarki Niemiec, Francji i krajów Beneluksu, można do dzisiaj zauważyć, że nie byli bez racji. EBC swoją polityką monetarną, absolutnie ich nie dewastuje, wręcz przeciwnie. Traci południe Europy, ale cóż… Tu dotykamy kolejnej wątku – czy każdy z aktualnych członków eurolandu dojrzał do tego, by do niego trafić? Dzisiaj to pytanie retoryczne. Ale niekoniecznie dla wszystkich. Przykład Grecji jest, tak na marginesie, odpowiedzią na to, kiedy możemy przyjąć euro. Dopiero wtedy, gdy bardzo przewidywalna polityka EBC będzie zgodna z naszymi interesami. Wcześniej nie ma sensu – to błąd Greków.

No i po trzecie, warto popatrzeć na projekt euro nieco szerzej. Z faktu, że jest on polityczny wiele wynika. Spojrzenie ekonomisty jest zbyt wąskie. Z jego punktu widzenia doskonale widać tylko niektóre jego wady i zalety. Ale umyka nam między innymi szalenie istotny fakt, że euro jest częścią szerszego projektu zwanego Unią Europejską – projektu z pewnością niedoskonałego, ale zarazem jedynego działającego w Europie, który gwarantuje tutaj rzadko wcześniej spotykaną stabilizację, pewne normy społeczno-prawne, i znaczącą, całkowicie unikatową pomoc dla regionów słabiej rozwiniętych. 

Mało? Dużo – zwłaszcza, że teraz już wiemy, jak sprawdziły się wcześniejsze europejskie koncepcje równowagi budowane na konkurencyjnych sojuszach oraz luźnych formach współpracy w rodzaju Ligi Narodów. Euro, mówiąc krótko, to również pewien koszt, który płacimy, realizując koncepcję Unii Europejskiej.

Komentarze (0)
Cała Europa buduje naszą stolicę
 Oceń wpis
   

Z opublikowanych niedawno danych Eurostatu wynika, że poziom zamożności w mazowieckim przekroczył już 97 proc. unijnej średniej. Fundusze pomocowe dla Warszawy mogą odejść do przeszłości.

Generalnie przysługują bowiem regionom, w których poziom zamożności nie przekroczył 75 proc. unijnej średniej. A tych nawet w Polsce nie brakuje. Ten sam Eurostat, który mówi o relatywnie już zamożnym Mazowszu zauważa, że poziom zamożności w województwie lubelskim to tylko 41 proc. średniej unijnej, w podkarpackim – 42, w podlaskim 45, a w dolnośląskim – 66 proc. Są też tacy w Unii, już poza Polską, gdzie jest jeszcze gorzej – od końca listę otwiera region Severozapaden w Bułgarii, gdzie PKB na osobę jest na poziomie 27 proc. unijnej średniej. 

I to chyba tam powinna głównie trafiać pomoc, a nie do już całkiem zamożnej Warszawy. Argumentów dlaczego właśnie tak jest sporo. Po pierwsze fundusze pomocowe powstały po to, by wyrównywać poziomy zamożności pomiędzy regionami, a nie je pogłębiać. 

Po drugie we wszystkich deklarowanych projektach rozwoju Polski głoszonych przez naszych polityków słychać troskę o prowincję rozumianą, jako wszystko co jest poza Warszawą. Fundusze pomocowe pomagające biedniejszym sprzyjają realizacji tego celu. Celu, który zresztą, tak na marginesie, i tak w jakiejś tam, niekoniecznie doskonałej formie realizujemy, choćby poprzez pomysł z „janosikowym” płaconym przez bogatsze miasta (najwięcej Warszawę) na rzecz biedniejszych ośrodków.

Po trzecie truizmem jest stwierdzenie, że im więcej prężnych, silnych i zamożnych aglomeracji jest w Polsce – tym lepiej. Nie można rozwijać państwa, bazując na jednym wiodącym ośrodku – to co typowe w niektórych gospodarkach afrykańskich, nie musi być normą nad Wisłą – tym bardziej, że nie jest np. u naszych zachodnich sąsiadów.

A piszę to wszystko, bowiem nasi dzielni urzędnicy bardzo się starają, by w nadchodzącym kolejnym rozdaniu funduszu unijnych „biedna” Warszawa dostała znowu sporo. Ja wolałbym jednak, by ich starania były inaczej ukierunkowane. Niech walczą o więcej środków – ale już niekoniecznie dla stolicy.

Wolę by, mówimy o zawsze ograniczonej puli środków, pieniądze z funduszy pomocowych trafiały gdzie indziej – nie dlatego, że nie lubię Warszawy. Wręcz przeciwnie. Ale dlatego, że potrzeby Śląska, Wrocławia, Poznania i Krakowa – wymieniam tylko niektóre ważniejsze aglomeracje - wcale nie są mniejsze, a poziom zamożności wyraźnie mniejszy.

W kolejce stoją też inne mniejsze ośrodki, w tym tak na marginesie mniejsze miasta Mazowsza. Te ostatnie na przycięciu funduszy pomocowych dla mazowieckiego stracą najwięcej. Trzeba zrobić wszystko by pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują – a nie rozdawać pieniądze przede wszystkim tym, którzy potrafią silnie lobbować i krzyczą najgłośniej. Cały naród teraz już nie musi budować swojej stolicy.

Komentarze (2)
Zarobki powinny być jawne
 Oceń wpis
   

Nie jest normalnym świat, w którym dyrektor Galerii Uffizi, jednego z najcenniejszych muzeów na świecie, w którym znajdziemy dzieła między innymi Leonardo da Vinci, Rafaela i Michała Anioła, zarabia 1780 euro miesięcznie. Ta kwota szokuje nawet w Polsce.

News o powyższych zarobkach trafił do wielu mediów w piątek – żywiołowych komentarzy i polemik raczej nie wywołał. A szkoda. Bo to nie tylko smutna ilustracja priorytetów współczesnego społeczeństwa (tym razem włoskiego), które pracę muzealnika w swojej czołowej placówce wycenia na przysłowiowe grosze, ale również cenny głos do dyskusji o tym, czy zarobki powinny być jawne…

Skoncentrujmy się na tym drugim. Jałowych uwag o tym, że szef Galerii Uffizi powinien zarabiać wyraźnie więcej niż teraz, nie chcę tutaj przytaczać – to oczywistość.

Zatem – myślę, że z łatwością można znaleźć wiele argumentów za tym, by zarobki były jawne i mniej za tym, by było na odwrót.

Zacznijmy od uwagi ogólnej. W liberalnej poliarchii nagradza się przede wszystkim pieniężnie. Poza tym ten system bazuje, albo lepiej bazować powinien (wtedy działa najlepiej), na maksymalnej możliwej transparentności – po to są media, po to istnieje dodatkowo np. instytucja komisji parlamentarnej czy zapytań poselskich itp., itd.

Ukrywanie poziomu zarobków kłóci się z powyższym – stwarza pole do nadużyć i podejrzeć. Zaczynamy nagradzać sprytnych i oszustów, oszczędzamy na niedoinformowanych – vide: wynagrodzenia dyrektora Galerii Uffizi. Gdyby poziom dochodów znanego muzealnika znany był wcześniej, społeczna krytyka spowodowałaby ich zmianę – w tym wypadku z korzyścią nie tylko dla szefa placówki, ale i dobra samej placówki oraz zgromadzonych w niej skarbów. 

Przykładów, delikatnie mówiąc, wyciągania dodatkowych korzyści z faktu ukrywania informacji o zarobkach znaleźć możemy mnóstwo. Śmiem twierdzić, że absurdalny poziom wynagrodzeń szefów banków oderwany całkowicie od stanu instytucji, którymi kierują, nie miałby miejsca na taką skalę, jak ostatnio, gdyby powyższe dane dużo wcześniej przebiły się do wiodących mediów.

Tajemnicą poliszynela jest też fakt, że ukrywanie zarobków w sporej części firm w Polsce służy wyłącznie wąskim interesom ich właścicieli. Może i ułatwia zarządzania personelem, ale z ewidentną szkodą dla pracowników – zarabiają mniej, bo w swojej wielkiej naiwności nie wiedzą o tym, że sprytniejszy kolega wynegocjował więcej szmalu.

Tu zresztą, tak na marginesie, pojawia się jeszcze jeden wątek – związki zawodowe. Są tacy – i nie ma ich mało – którzy twierdzą, że tam gdzie działają związki zawodowe zarobki pracowników są większe. To być może należy wiązać również z tym, że w tych firmach zarobki są zdecydowanie bardziej jawne niż w tych, w których związkowców nie ma.

Tu oczywiście dotykamy również wątku związanego z tym, co jest lepsze – kiedy pracownik dostaje więcej pieniędzy, czy kiedy w większości zostają one w rękach właścicieli? Stawiam na to pierwsze – nie tylko z powodów utylitarnych oraz z braku wiary w to, że dodatkowe środki pracodawca przeznaczy przede wszystkim na inwestycje, ale dlatego, że praktyka biznesowa podpowiada, że te firmy, gdzie zarobki są wyższe zwykle radzą sobie lepiej na rynku od tych preferujących niewolnicze warunki pracy.

Co gorsza, ukrywanie informacji o zarobkach, zdaniem niektórych, ma stać się, i czasem się staje, czymś tak oczywistym, jak unikanie spacerów bez ubrania po ulicy. Powiedz mi ile masz pieniędzy – a wiem już o Tobie wszystko – myślą ci, którzy w głębokiej tajemnicy nie chcą się z nikim dzielić informacjami o swoich dochodach. Cóż… Bardzo smutny jest świat, w którym na wszystkich patrzymy wyłącznie przez pryzmat dochodów każdego człowieka. Może i taki zresztą on już jest – ale to na pewno nie jest ani fajne, ani zgodne z większością głoszonych głośno fundamentalnych norm społecznych.

-----------------------------------

PS: Jak w praktyce realizować postulat jawności zarobków? Każdy ma mówić ile zarabia? To komunistyczna utopia. Lepiej skorzystać z rozwiązania praktykowanego w polskim Sejmie. Publikuje on zarobki posłów. Firmy mogę więc analogicznie ujawniać poziom dochodów na danym stanowisku. Ja po prostu chcę wiedzieć, ile w Polsce płaci się profesorowi uniwersytetu, dyrektorowi banku, urzędnikowi skarbowemu i kierowcy ciężarówki. To ile zarabia dokładnie mój sąsiad nie jest ważne…
 

Komentarze (1)
Giełda - najlepsze już było
 Oceń wpis
   

Świat wychodzi z kryzysu, który zaczął się w 2008 roku. Wcale nie oznacza to jednak stuprocentowych szans na gigantyczne zyski na giełdach. Wręcz przeciwne – to co najlepsze na rynkach już było.

Ożywienie gospodarcze potwierdzają twarde dane. Popatrzmy choćby na poniższy wykres przedstawiający liczbę nowych bezrobotnych w Stanach zgłaszających się po zasiłek od 2002 roku. Teraz ich liczba jest dokładnie taka sama, jak z początkiem lipca 2008 roku, a więc jeszcze przed upadkiem Lehman Brothers i niewiele wyższa niż w czasach prosperity (lata 2006-2007). Amerykański przemysł, mówiąc krótko już nie zwalnia, a patrząc na inne dane o stopie bezrobocia – wręcz przeciwnie – zatrudnia.

Dane z amerykańskiego rynku pracy korelują z optymistycznymi informacjami napływającymi z Europy – choćby z Niemiec i Polski. Spowolnienie tak – głęboka recesja już nie.

Zmieniają się też realia polityczne – są inne niż w 2008 roku i później, kiedy wybuchł kryzys zadłużeniowy w Europie. Jesteśmy po fali zdecydowanych cięć w budżetach krajowych, po spektakularnych umorzeniach części długu Grecji i akcjach udostępniania taniego pieniądza dla banków realizowanych przez EBC.

Powyższe oczywiście nie eliminuje ryzyka i nie gwarantuje, że świat, mówiąc kolokwialnie, już jest uratowany, ale Europa i rynki są zdecydowanie bardziej teraz niż wcześniej przygotowane na możliwe dalsze problemy Grecji i Portugalii. Nawet scenariusze wyjścia pierwszego z tych krajów z eurolandu nie jawią się już niczym Armagedon, ale już jako przykra, ale całkiem wyobrażalna opcja.

Ale to wszystko, nawet zakładając bardzo optymistyczny scenariusz dalszego wzrostu gospodarczego, nie oznacza, że na giełdach czeka nas teraz marsz na północ – długi i potężny. Rynki kapitałowe i świat realnej gospodarki to nie dokładnie to samo.

Popatrzmy na poniższy tygodniowy wykres Dow Jones Industrial Average. Od marca 2009 roku do końca kwietnia 2011 indeks podwoił swoją wartość – z 6500 punktów do 13000. Obecnie znajduje się na tych samych poziomach, co w maju 2008 roku.

Na potężnym rynku byka trwającym przez od 2009 roku do końca kwietnia 2011 roku można było sporo zarobić. Naprawdę dużo. Jednak wiara w to, że czeka nas teraz podobny, równie silny ruch na północ nie jest oparta na chłodnej ocenie sytuacji. Aby tak się stało na giełdach musiałby się powtórzyć czas szalonych lat 90. Czy to teraz możliwe?

Dlatego wolę mniej optymistyczne podejście – najlepsze na giełdach już było.

Komentarze (0)
Ropa – może być drożej
 Oceń wpis
   

Ropa faktycznie może drożeć. Sygnały techniczne zaczynają być zgodne z fundamentalnymi. Wykresy sugerują to samo, co na przykład twarde informacje dotyczące embarga na irańską ropę.

Zacznijmy od wykresu tygodniowego – poniżej. Kurs ropy Brent porusza się wzdłuż linii trendu rosnącego od grudnia 2008 roku. Znaczący sukces byki osiągnęły w tym tygodniu - kurs wyszedł ponad ostatnie lokalne maksima z 9 września i 11 listopada. I spokojnie zmierza do 120 dolarów – oporu, który jeżeli zostanie sforsowany otworzy bykom drogę do szczytu z połowy kwietnie ubiegłego i… dalej.

Co ważne, rosną też obroty na rynku ropy – patrz dół wykresu. Duzi gracze od dawna są już obecni na tym rynku i bez obaw zwiększają swoje zaangażowanie. To sprzyja wzrostom.

Do podobnych, sprzyjających bykom, wniosków można dojść również po analizie wykresu dziennego – poniżej. Tutaj byki też zanotowały niemały sukces. Kilka dni temu udało im się wyjść z kanału spadkowego, w którym kurs się poruszał od maja ubiegłego roku. Wczoraj sforsowały opory budowane na maksimach z 8 listopada i 8 września – zaznaczone czerwonymi prostokątami.

W konsekwencji ewentualna korekta teraz na rynku ropy powinna wyhamować przynajmniej do górnej krawędzi narysowanego kanału. Ta linia również w nieodległej przyszłości może zetknąć się z 50-okresową średnią kroczącą – co wzmacnia jej znaczenie. Niedźwiedziom nie będzie łatwo jej pokonać.

-------------------------------

Więcej analiz rynków walutowych, surowców i giełd pod adresem  www.fxblog.com.pl

Komentarze (0)
WIG20 - pułapka hossy?
 Oceń wpis
   

Byki pokonały wczoraj na wykresie dziennym indeksu WIG20 opór na poziomie niecałych 2306. Wyszły tym samym ponad lokalne maksimum z 5 grudnia. Nie mamy jednak stuprocentowej pewności, że ich ruch na północ będzie kontynuowany.

Kształt wczorajszej świecy – z długim górnym cieniem – sugeruje, że hamowanie zaczęło się już wczoraj. Dzisiejsza krótka świeca też nie wygląda specjalnie zachęcająco.

Brakuje również potwierdzenia dzisiejszego wzrostu w obrotach – są niskie. No i pewne obawy można mieć w związku z wysokim poziomem wykupienia rynku – patrz wskaźnik RSI.

To wszystko sugeruje, że grając na długo, warto w wypadku WIG20 zachować teraz szczególną ostrożność. W wypadku niekorzystnego rozwoju sytuacji możemy stać się ofiarami pułapki hossy. Ale uwaga! Możemy, nie musimy :)

Komentarze (6)
Krótka pochwała piractwa w punktach
 Oceń wpis
   

ACTA to bardzo cenny dokument. Ba! Nawet bardzo cenny! Idealny dla twórców. Ale niestety… nie w aktualnych czasach.

Prawa twórców zasługują na ochronę. Powinny istnieć regulacje prawne i narzędzia, które ograniczają ryzyko nielegalnego kopiowania ich dzieł – stuprocentowa racja. Problem jednak w tym, że we współczesnym świecie prawa autorskie służą przede wszystkim największym korporacjom, a nie niszowym wydawcom i większości twórców. Nie zawsze też ta ochrona jest zgodna z czymś takim jak interes społeczny…

A teraz w punktach, kilka szczegółów.

1. W listopadzie Universal Music Group kupiło za 1,2 mld funtów konkurencyjny koncern EMI Music. W ten sposób powstała wytwórnia płytowa odpowiadająca za 1/3 globalnej produkcji fonograficznej. Po fuzji na rynku pozostało już tylko trzech wielkich graczy, którzy kontroluję ponad 75 proc. światowego rynku muzyki – wg niektórych nieco więcej. To do nich należą prawa autorskie znakomitej większości muzyków. Wszelkie regulacje prawne, chroniące zatem prawa autorskie, przede wszystkim służą im interesom…

2. A twórcom mniej… Bowiem ci, zwłaszcza mniej znani, dostają ledwo kilka procent od ceny każdej płyty lub pliku sprzedanego przez wielką wytwórnię.

3. Nadmierna koncentracja na globalnym rynku muzycznym nie sprzyja, mówiąc delikatnie, niskim cenom. Pojawia się ponadto ryzyko zaniku różnorodności, narzucania przez wielkiego gracza skrajnie niekorzystnych warunków twórcom itp., itd. Wszyscy wiemy co mogą i potrafią monopole i oligopole i dlaczego są złe.

4. Powyższe niestety nie dotyczy tylko muzyki. Wielcy znaczą coraz więcej nie tylko np. w świecie filmu, ale również w wielu dziedzinach współczesnej wiedzy czy… mody. Bez większych trudności możemy dotrzeć w sieci np. do zarzutów wobec niektórych największych koncernów paliwowych, że kupowały patenty dotyczące alternatywnych źródeł energii tylko w tym celu, aby je schować głęboko do sejfu i dalej żyć głównie z pompowania ropy naftowej. Tego typu zachowania są sprzeczne z interesem globalnego społeczeństwa. A ACTA również ich interesy pomoże chronić.

5. Wielkie koncerny mediowe wmówiły wielu, że nielegalne kopiowanie ich dzieł za pomocą nowoczesnych narzędzi IT, w tym w Internecie, jest takim samym przestępstwem, jak zwykła kradzież np. portfela czy samochodu. Nieprawda. Po pierwsze poszkodowany nie traci definitywnie swojego dobra. Nadal go ma i może się nim cieszyć. Traci tylko część przychodu, jaki potencjalnie mógłby się pojawić w sytuacji, gdyby nie doszło do aktu piractwa. To już wystarczy, aby odrzucić łatwe zestawianie zwykłej kradzieży z indywidualnym nielegalnym ściąganiem filmów, czy muzyki z Internetu. Dodatkowo nie mamy pewności, że każda piracka kopia równa się stracie w wysokości jednego sprzedanego dzieła. Wręcz przeciwnie – wiadomo, że tak nie jest. Ludzie piracą np. Photoshopa, ale gdyby nie mogli tego robić, tylko nieliczny promil, nawet nie procent, dokonałby legalnego zakupu tej aplikacji.

6. Koncerny walczą z internetowym piractwem. Nawet bardzo agresywnie i stosując potężny lobbing – vide: ACTA. Ale zapominają o tym, że ten wredny wg nich Internet i inne współczesne narzędzia IT i szerzej globalizacja ułatwiły im dotarcie do milionów nowych klientów. Być może więc na piractwo sieciowe należy spojrzeć, jak na pewien dodatkowy koszt powiększenia rynków zbytu? Myślę, że byłoby bardzo ciekawe dokonać wyliczeń i odpowiedzieć na pytanie, czy straty powodu piractwa największych wytwórni płytowych są większe od ich zysków z tytułu rozwoju Internetu.

7. Podobny wątek pojawia się kiedy mówimy o… zaletach piractwa. Tych można szukać na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze nie brakuje ludzi, którzy twierdzą, że dzięki pirackim kopiom nagrań, później kupili legalne płyty lub książki. Inaczej by tego nie zrobili. Po drugie, piractwo pozwala dotrzeć niektórym do dóbr w inny sposób nieosiągalny – i znowu nie warto tego porównywać do kradzieży mercedesa, którego też nie każdy może mieć i z pewnością nie każdy MUSI. Jeżeli nastolatek ukradnie np. zaawansowany program do projektowanie mostów, to może się nauczyć jego obsługi przez co w przyszłości być może będzie lepszym inżynierem i ponadto użytkownikiem już legalnej jego kopii. W tej sytuacji producent programu, któremu nastolatek „ukradł” jego aplikację nie tylko nie jest stratny, ale wręcz przeciwnie – piractwo było dla niego korzystne.

Tak więc myślę, że istnieje ryzyko, że ACTA i szerzej mocna ochrona praw autorskich może przynieść dzisiaj więcej złego niż korzyści. W świecie coraz bardziej zdominowanym przez korporacje, a nie twórców, restrykcyjne prawo antypirackie jest szkodliwe.

Albo może jeszcze inaczej. Ta myśl pojawiła mi się przed chwilą. Czy nie jest też może tak, że masowe piractwo jest niczym innym, jak reakcją współczesnych społeczeństw na coraz bardziej zmonopolizowany świat? W świecie wielkiej różnorodności piractwo byłoby skrajnie nieopłacalne.

PS: Zbieram książki i płyty CD. Kupuję je - nie piracę.

Komentarze (4)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |
Najnowsze komentarze
2012-05-18 08:01
Kredyty!!!:
Thatcher była bardziej brutalna
Właśnie, te nasze niby "zamieszki" to przysłowiowy pikuś :) Bardziej cywilizowane kraje są pod[...]
2012-05-13 22:01
mkaczmarczyk:
Thatcher była bardziej brutalna
Ba! Dlaczego peerelowską?! Pólnocnokoreanską jeżeli już - a może nawet[...]
2012-05-13 22:00
mkaczmarczyk:
Thatcher była bardziej brutalna
Jaja czasem przysłaniają umysł :) A z tym faktem to było trochę jak z trzecim gatunkiem prawdy[...]
O mnie
Marcin Kaczmarczyk
Dziennikarz ekonomiczny i IT, analityk techniczny. Rzeczywistość gospodarczą śledzę i komentuję od dawna. Byłem redaktorem naczelnym serwisu giełdowego StockWatch.pl. Pracowałem w Gazecie Wyborczej, Forbes, Komputer ŚWIECIE, Rynku Kapitałowym oraz jako analityk w Trigon Domu Maklerskim.